SAMOTNOŚĆ
samotność jest jak kropla
podróżująca autostopem
na grzbietach parasoli
zbyt sztywnych i poważnych
przysiada potulnie
na kapeluszach staruszek pytając
pani do mnie to pomyłka
przepraszam może innym razem.
naiwna
spija sok z pomarańczy
okaleczonej
bo tylko pół
zawstydzona
na stoliku w kawiarni
przezroczystymi palcami
kreśli mokre wzory
mężczyznom
zastukanym w nieme laptopy
rozdaje niewidoczne pocałunki
wśród aromatów czarnej kawy
czeka bezsenna
nocą bezpańskie koty
odziane w rude futra
grzeją jej stopy
zbyt mokre
w końcu znika
roztopiona w szarej kałuży
wieloimienna
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kafejkowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kafejkowo. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 20 września 2011
poniedziałek, 19 września 2011
BAJU, BAJU...
Że się w lokach kąpać chciała
Przemoczyła wdzięk dziewczęcy
I marzenia poplątała
Już nie było rady
Rozsypała się kamienna wieża
Smok ogon podkulił do Krakowa zmierza
Serce w dłoni, wnet przybywa
Panna lubczyk podlewa panna lubczyk zrywa
Biały welon biały bukiet
Dwa kółka ze złota
Taniec i cztery ręce
Choć za oknem słota
I upadła na podłogę grzechotka nieduża
W garnku rośnie kasza
Oj będzie kałuża
Jeszcze sznurek na balkonie
Resztka wody w wazonie
Zdjęcia w ramkach na ścianie
W oczach wieczne niedospanie
Śmieją się perłami córki
Raz pod górkę to znów z górki
Kolorowe sny mijają
Lata sobie odliczają
Małobarwne dni płyną
Parki mruczą że przeminą
Kto powiedział że szary nie jest najpiękniejszy?
niedziela, 18 września 2011
WRACAM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Tym, co tu czasem zaglądali, a może zajrzą jeszcze : Zamiast tysiąca - "przepraszam, bo...; musiałam...; nie z mojej winy... itp., itd. piosenka z Kabaretu Starszych Panów"No i jak
tu nie jechać?
kiedy tak
nowy szlak
nas urzeka?
Kiedy dal
oczy wabi,
chociaż żaltego, co za nami.
Nie ma nic
bez ryzyka.
Tylko widz, tylko widz
go unika.
A kto chce być
wewnątrz zdarzeń
musi żyć
wciąż z bagażem.
Musi mieć walizeczkę i koc,
i latarenkę na noc.
Słowa: sam mistrz, rzecz jasna, Jeremi Przybora, Muzyka: Jerzy Wasowski
piątek, 22 kwietnia 2011
Spokojnych, zdrowych Świąt Wielkiej Nocy; Happy Easter; Felices Pascuas; Buona Pasqua; Joyeuses Pâques.
Χριστὸς ἀνέστη ἐκ νεκρῶν,
θανάτῳ θάνατον πατήσας,
καὶ τοῖς ἐν τοῖς μνήμασι
ζωὴν χαρισάμενος.
Christ is risen from the dead,
Trampling down death by death,
And upon those in the tombs
Bestowing life!
Χριστός Ανέστη! » - « Αληθώς Ανέστη! », « Hristos a înviat! » - « Adevărat a înviat!, « Христос воскресе! » - « Воистину воскресе!
Χριστὸς ἀνέστη ἐκ νεκρῶν,
θανάτῳ θάνατον πατήσας,
καὶ τοῖς ἐν τοῖς μνήμασι
ζωὴν χαρισάμενος.
Christ is risen from the dead,
Trampling down death by death,
And upon those in the tombs
Bestowing life!
Χριστός Ανέστη! » - « Αληθώς Ανέστη! », « Hristos a înviat! » - « Adevărat a înviat!, « Христос воскресе! » - « Воистину воскресе!
środa, 29 września 2010
MONOLOG
Zapraszam do lektury mojego mikro-opowiadania-monologu:
W kafejce, w centrum miasta, siedzą dwie kobiety - matka i córka.
Przyjemnie tu, takie sympatyczne kolorki na ścianach i ta muzyczka (chwila milczenia). Chcesz jeszcze herbaty? Nie, nie zapomniałam, że nie przepadasz za herbatą. Tak, wiem, nie zaprosiłam cię tu, by rozmawiać o herbacie. Mamo, nie odpowiadałaś na moje listy, telefon w twoim mieszkaniu milczał jak zaklęty. I nic dziwnego, skoro już tam nie mieszkasz, a dom stoi pusty. Nie potrafiłam się z tobą skontaktować. Dopiero Renata podała mi numer twojej komórki.
Nie, nie, nie. Nie zostawiłam cię na pastwę choroby i bezdusznych ludzi. Dlaczego nie chcesz zrozumieć, jak ważny był ten wyjazd ? Tyle czasu czekałam na tę propozycję. Czekałam aż dzieci urosną i będę mogła je zostawić same w kraju, czekałam aż szef mnie doceni, czekałam ... . To bez sensu! Nie słuchasz mnie, jak zwykle zresztą. Zawsze tylko mówiłaś, i mówiłaś, i mówiłaś. Nigdy nie interesowało cię, co MY mamy do powiedzenia. Wiem, poświęciłaś dla nas wszystko – dla mnie i dla Grześka. I dlatego on wyprowadził się tak daleko, a jedyny znak życia, jaki daje, to kartki na święta. Ja też jestem wyrodnym dzieckiem, niewdzięcznym i bez serca. Ty sobie żyły wypruwałaś, prałaś zasrane pieluchy – a nie było wówczas pampersów, - karmiłaś, nocy nie przesypiałaś i tak dalej, i tak dalej. Po prostu normalne życie normalnej matki. A teraz proszę cię, wysłuchaj mnie, raz w życiu wysłuchaj kogoś innego! Zrozum, że ja też mam jakieś racje, pragnienia. Wiem, twój stan był krytyczny, ale miałaś pielęgniarkę na okrągło, opiekę o jakiej marzy niejeden chory, lekarza na każde zawołanie i panią Asię, która doglądała wszystkiego. Nie mogłam zostać, rozumiesz, nie mogłam. Ten wyjazd tyle dla mnie znaczył, dla mojej pracy, dla mnie samej! Zgoda, w tym momencie myślałam o sobie. A czy nie mam prawa? Chyba każdy czasami powinien zadbać o siebie, o to, co dla niego bardzo ważne … . Czy to nienormalne?? Oczekujesz od dzieci poświecenia, ponieważ ty się dla nich poświęciłaś? Po to się wychowuje dzieci? Nie, nie zgadzam się z tym. Dzieci nie są zdolne do takich poświęceń wobec rodziców, jak matki i ojcowie wobec własnych dzieci. I nie ma w tym nic złego! Nie można oczekiwać, że synowie i córki oddadzą nam to, co otrzymali od nas. Przynajmniej nie mamy do tego prawa. Tak, tak właśnie uważam. Mam nadzieję, że nie zmienię zdania i nie będę żądała od moich dzieci zapłaty za to, co dla nich zrobiłam. Ale czy to oznacza, że nic nas nie łączy – mnie i ciebie? Że skoro wyjechałam w czasie twojej ciężkiej choroby bardzo daleko i na długo, zostawiając cię pod doskonałą opieką, czy to znaczy, że cię nie kocham?! Ja tylko miałam nadzieję, że mnie zrozumiesz, bo przecież wiesz, dlaczego wyjechałam. Czy mogę jeszcze liczyć na zrozumienie – szczerze mówiąc pierwszy raz w życiu?
To co, może chcesz kawy? Zamówię... .
W kafejce, w centrum miasta, siedzą dwie kobiety - matka i córka.
Przyjemnie tu, takie sympatyczne kolorki na ścianach i ta muzyczka (chwila milczenia). Chcesz jeszcze herbaty? Nie, nie zapomniałam, że nie przepadasz za herbatą. Tak, wiem, nie zaprosiłam cię tu, by rozmawiać o herbacie. Mamo, nie odpowiadałaś na moje listy, telefon w twoim mieszkaniu milczał jak zaklęty. I nic dziwnego, skoro już tam nie mieszkasz, a dom stoi pusty. Nie potrafiłam się z tobą skontaktować. Dopiero Renata podała mi numer twojej komórki.
Nie, nie, nie. Nie zostawiłam cię na pastwę choroby i bezdusznych ludzi. Dlaczego nie chcesz zrozumieć, jak ważny był ten wyjazd ? Tyle czasu czekałam na tę propozycję. Czekałam aż dzieci urosną i będę mogła je zostawić same w kraju, czekałam aż szef mnie doceni, czekałam ... . To bez sensu! Nie słuchasz mnie, jak zwykle zresztą. Zawsze tylko mówiłaś, i mówiłaś, i mówiłaś. Nigdy nie interesowało cię, co MY mamy do powiedzenia. Wiem, poświęciłaś dla nas wszystko – dla mnie i dla Grześka. I dlatego on wyprowadził się tak daleko, a jedyny znak życia, jaki daje, to kartki na święta. Ja też jestem wyrodnym dzieckiem, niewdzięcznym i bez serca. Ty sobie żyły wypruwałaś, prałaś zasrane pieluchy – a nie było wówczas pampersów, - karmiłaś, nocy nie przesypiałaś i tak dalej, i tak dalej. Po prostu normalne życie normalnej matki. A teraz proszę cię, wysłuchaj mnie, raz w życiu wysłuchaj kogoś innego! Zrozum, że ja też mam jakieś racje, pragnienia. Wiem, twój stan był krytyczny, ale miałaś pielęgniarkę na okrągło, opiekę o jakiej marzy niejeden chory, lekarza na każde zawołanie i panią Asię, która doglądała wszystkiego. Nie mogłam zostać, rozumiesz, nie mogłam. Ten wyjazd tyle dla mnie znaczył, dla mojej pracy, dla mnie samej! Zgoda, w tym momencie myślałam o sobie. A czy nie mam prawa? Chyba każdy czasami powinien zadbać o siebie, o to, co dla niego bardzo ważne … . Czy to nienormalne?? Oczekujesz od dzieci poświecenia, ponieważ ty się dla nich poświęciłaś? Po to się wychowuje dzieci? Nie, nie zgadzam się z tym. Dzieci nie są zdolne do takich poświęceń wobec rodziców, jak matki i ojcowie wobec własnych dzieci. I nie ma w tym nic złego! Nie można oczekiwać, że synowie i córki oddadzą nam to, co otrzymali od nas. Przynajmniej nie mamy do tego prawa. Tak, tak właśnie uważam. Mam nadzieję, że nie zmienię zdania i nie będę żądała od moich dzieci zapłaty za to, co dla nich zrobiłam. Ale czy to oznacza, że nic nas nie łączy – mnie i ciebie? Że skoro wyjechałam w czasie twojej ciężkiej choroby bardzo daleko i na długo, zostawiając cię pod doskonałą opieką, czy to znaczy, że cię nie kocham?! Ja tylko miałam nadzieję, że mnie zrozumiesz, bo przecież wiesz, dlaczego wyjechałam. Czy mogę jeszcze liczyć na zrozumienie – szczerze mówiąc pierwszy raz w życiu?
To co, może chcesz kawy? Zamówię... .
niedziela, 26 września 2010
Świnka morska
Małe tańczące pyłki spadały na ziemię, za nimi spieszył jakiś kłaczek, a na końcu wirował skrawek papieru, który wylądował na rękawie mojej kurtki.
- No, i co ty na to? – zdawał się pytać.
- Nic, już wiem.
Bogusia trzepała koce, narzuty, poduszki. Pewnie zaraz rozpocznie przesuwanie szaf i wywlecze ciężki, wełniany dywan. Po raz kolejny „strzepywała marzenia i nadzieje”. Wyfruwały z jej mieszkania wraz z kurzem i niepotrzebnymi śmieciuszkami – tak samo niepotrzebne, zawadzające, jak kurz – wciąż powracające, choć co dzień wypraszane.
Wbiegłam po schodach. Zapukałam. Cisza. Nacisnęłam klamkę. No tak, znowu nie zamknęła drzwi i każdy powsinoga mógł wejść i wynieść... . Właśnie, cóż on mógłby stąd wynieść?
- Bogusia ! – wydarłam się w głąb pokoju. Bogusia wysunęła głowę, nogi pozostawiając na balkonie.
- Cześć! Wejdź i zrób sobie kawę, bo nie sądzę byś miała chęć na herbatę. Jestem zajęta i ciesz się, jeśli poświęcę ci choć minutę.
Bogusia odwróciła się i wróciła do trzepania.
- Dobra, dobra. Chyba nie muszę pytać... ?
- Nie musisz – odwróciła się i spojrzała mi prosto w oczy. – Nie zatrudnili mnie.
- Ale dlaczego? Mówiłaś, że tym razem to już na 100%. Przecież wszystko było uzgodnione i chodziło tylko o podpisanie umowy?
- Tak, ale w międzyczasie zjawił się facet i facet dostanie tę pracę. Baba znów zostanie na lodzie.
- Jak to uzasadnili?
- Jak? Nijak! Takie tam trele – morele. Wiesz, kiedy on mi to mówił, widziałam w jego oczach taką samą ironię, jak u kolegów ze studiów, wygłaszających tę swoją zagadkę: „W czym kobieta elektronik przypomina świnkę morską?”
- „ Że ani świnka ani morska” – odpowiedziałam. Dobrze znałam to powiedzonko.
- Właśnie. - Bogusia z zaciśniętymi ustami powróciła do trzepania.
Wiedziałam, że to koniec naszej rozmowy. Nie powie już ani słowa na ten temat. Było mi strasznie przykro. Tyle lat nauki, studia podyplomowe, kursy, języki, doświadczenie. Na nic. Bez znaczenia. Zawsze w drugim rzędzie. W pierwszym – płeć męska.
Wsiadłam do samochodu. Za chwilę byłam już na Puławskiej. Skręciłam i zostałam na lewym pasie. No nie! Od razu klaksony! Pewnie, że zaraz zmienię pas, ale na razie nie mogę. „Nie ma nic gorszego, niż baba za kierownicą” – mawia mój tata. Oczywiście, lepiej gnać ile silnik pozwala i skończyć w rowie, kasując po drodze kilku zbędnych przechodniów. Nagle, na sąsiednim pasie zamajaczył mi samochód z intrygującą naklejką na tylnej szybie – „baba za kierownicą”. Lepiej od razu się przyznać.
A potem, gdy byłam już w domu, zadzwonił telefon.
- Anka? Słuchaj, jestem wściekła.
- To znaczy, że pokłóciłaś się z Markiem.
- A co myślisz? Powiedział, że jak typowa kobieta „nie wiem co myślę, zanim nie usłyszę co mówię”.
- Chyba zbytnio się przejmujesz męskim gadaniem. Lepiej powiedz, co słychać w waszym Domu Dziecka.
- Mam rewelacyjną wiadomość! Zatrudnili faceta! Rozumiesz? Facet pracujący w domu małego dziecka! Ubaw po pachy. Jest u nas tydzień, a miał już z dziesięć przygód z niemowlakami. Tylko pytanie, czy to na pewno facet, skoro przyszedł do nas do pracy.
Tak, to było bardzo śmieszne. Chyba muszę sprawdzić, gdzie sprzedają te naklejki z dumnym napisem „baba za kierownicą” … .
- No, i co ty na to? – zdawał się pytać.
- Nic, już wiem.
Bogusia trzepała koce, narzuty, poduszki. Pewnie zaraz rozpocznie przesuwanie szaf i wywlecze ciężki, wełniany dywan. Po raz kolejny „strzepywała marzenia i nadzieje”. Wyfruwały z jej mieszkania wraz z kurzem i niepotrzebnymi śmieciuszkami – tak samo niepotrzebne, zawadzające, jak kurz – wciąż powracające, choć co dzień wypraszane.
Wbiegłam po schodach. Zapukałam. Cisza. Nacisnęłam klamkę. No tak, znowu nie zamknęła drzwi i każdy powsinoga mógł wejść i wynieść... . Właśnie, cóż on mógłby stąd wynieść?
- Bogusia ! – wydarłam się w głąb pokoju. Bogusia wysunęła głowę, nogi pozostawiając na balkonie.
- Cześć! Wejdź i zrób sobie kawę, bo nie sądzę byś miała chęć na herbatę. Jestem zajęta i ciesz się, jeśli poświęcę ci choć minutę.
Bogusia odwróciła się i wróciła do trzepania.
- Dobra, dobra. Chyba nie muszę pytać... ?
- Nie musisz – odwróciła się i spojrzała mi prosto w oczy. – Nie zatrudnili mnie.
- Ale dlaczego? Mówiłaś, że tym razem to już na 100%. Przecież wszystko było uzgodnione i chodziło tylko o podpisanie umowy?
- Tak, ale w międzyczasie zjawił się facet i facet dostanie tę pracę. Baba znów zostanie na lodzie.
- Jak to uzasadnili?
- Jak? Nijak! Takie tam trele – morele. Wiesz, kiedy on mi to mówił, widziałam w jego oczach taką samą ironię, jak u kolegów ze studiów, wygłaszających tę swoją zagadkę: „W czym kobieta elektronik przypomina świnkę morską?”
- „ Że ani świnka ani morska” – odpowiedziałam. Dobrze znałam to powiedzonko.
- Właśnie. - Bogusia z zaciśniętymi ustami powróciła do trzepania.
Wiedziałam, że to koniec naszej rozmowy. Nie powie już ani słowa na ten temat. Było mi strasznie przykro. Tyle lat nauki, studia podyplomowe, kursy, języki, doświadczenie. Na nic. Bez znaczenia. Zawsze w drugim rzędzie. W pierwszym – płeć męska.
Wsiadłam do samochodu. Za chwilę byłam już na Puławskiej. Skręciłam i zostałam na lewym pasie. No nie! Od razu klaksony! Pewnie, że zaraz zmienię pas, ale na razie nie mogę. „Nie ma nic gorszego, niż baba za kierownicą” – mawia mój tata. Oczywiście, lepiej gnać ile silnik pozwala i skończyć w rowie, kasując po drodze kilku zbędnych przechodniów. Nagle, na sąsiednim pasie zamajaczył mi samochód z intrygującą naklejką na tylnej szybie – „baba za kierownicą”. Lepiej od razu się przyznać.
A potem, gdy byłam już w domu, zadzwonił telefon.
- Anka? Słuchaj, jestem wściekła.
- To znaczy, że pokłóciłaś się z Markiem.
- A co myślisz? Powiedział, że jak typowa kobieta „nie wiem co myślę, zanim nie usłyszę co mówię”.
- Chyba zbytnio się przejmujesz męskim gadaniem. Lepiej powiedz, co słychać w waszym Domu Dziecka.
- Mam rewelacyjną wiadomość! Zatrudnili faceta! Rozumiesz? Facet pracujący w domu małego dziecka! Ubaw po pachy. Jest u nas tydzień, a miał już z dziesięć przygód z niemowlakami. Tylko pytanie, czy to na pewno facet, skoro przyszedł do nas do pracy.
Tak, to było bardzo śmieszne. Chyba muszę sprawdzić, gdzie sprzedają te naklejki z dumnym napisem „baba za kierownicą” … .
sobota, 4 września 2010
My birthday, just in two days - on Monday. Moje urodziny już w poniedziałek - jak ten czas leci!
Jeszcze nie dziś, ale już za moment... . Mam natłok myśli, refleksji. Chyba pójdę na spacer albo kawy się napiję, to mi przejdzie :-). Wspominam sobie - tak było w zeszłym roku.
Dziewczęco, delikatnie i ... różowo - w "Pędzącym króliku" . Czasem chciałoby się być Alicją w Krainie Czarów albo Po drugiej stronie lustra :-)
Czy to my wypiłyśmy i zjadłyśmy????? A tak niepozornie wyglądamy :-)
Zaraz zdmuchnę, po prostu zdmuchnę... . Momencik, to dopiero jutro !
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Moja siostra jedyna i ukochana - Sarmatix http://ustinika.blogspot.com/
- zaprosiła mnie do zabawy, opisu
10 -ciu rzeczy, które lubię.
Zasady:
1. Napisz, kto Cię zaprosił do zabawy
2. Wymień 10 rzeczy, które lubisz
3. Zaproś kolejnych 10 osób i poinformuj je w komentarzach.
Start!
1. Tańczyć
2. Pisać bajki
3. Wędrować po górach
4. Podróżować
5. Odwiedzać teatry
6. Kawę, dobre cappucino zwłaszcza
7. Czytać książki, czasopisma też
8. Szaleć z dziećmi
9. Dawać buzi i tulciaki moim córom
10. Jeść lody, byle nie owocowe :-)
Do zabawy zapraszam : Nivejkę, Margo, Monikę (naczynie glniane), Iw, MonArt - córciaka, Skarletkę, Kaś, Sarę... .
- zaprosiła mnie do zabawy, opisu
10 -ciu rzeczy, które lubię.
Zasady:
1. Napisz, kto Cię zaprosił do zabawy
2. Wymień 10 rzeczy, które lubisz
3. Zaproś kolejnych 10 osób i poinformuj je w komentarzach.
Start!
1. Tańczyć
2. Pisać bajki
3. Wędrować po górach
4. Podróżować
5. Odwiedzać teatry
6. Kawę, dobre cappucino zwłaszcza
7. Czytać książki, czasopisma też
8. Szaleć z dziećmi
9. Dawać buzi i tulciaki moim córom
10. Jeść lody, byle nie owocowe :-)
Do zabawy zapraszam : Nivejkę, Margo, Monikę (naczynie glniane), Iw, MonArt - córciaka, Skarletkę, Kaś, Sarę... .
piątek, 27 sierpnia 2010
STILL in FRANCE, NORMADIE - BAYEUX
Katedra Notre Dame w Bayeux – wielka i gotycka. Podziwiam, wzdycham, podziwiam, wzdycham itd. Pierwsza świątynia w tym miejscu została konsekrowana w 1077, w obecności Wilhelma Zdobywcy, a obecna katedra powstała między XIII a XV stuleciem.
Tkanina z Bayeux – zwana średniowiecznym komiksem. Dwa razy nie trzeba było moim dzieciom powtarzać – hasło KOMIKS – i ruszają, choć zmęczone „zazwiedzane” nieco. Tkaninę wykonali prawdopodobnie angielscy tkacze około roku 1077 (wow!), na zlecenie miejscowego biskupa i pierwotnie była wywieszona w prezbiterium katedry. Rozmiary – niesamowite – 70 metrów długości i 50 cm szerokości. Kolorowa, haftowana, w kilkudziesięciu scenach przedstawia historię podboju Anglii przez Wilhelma Zdobywcę. Na wąskich pasach u góry i u dołu, przedstawiono scenki z polowań, zwierzęta, rośliny. Z niekłamanym zainteresowaniem przyglądaliśmy się strojom, narzędziom, uzbrojeniu rycerzy z tamtej epoki. A audioguide uzupełnił naszą wiedzę – musiałam jedynie zabawić się w tłumacza dla Kasiulki, która z angielskim nie radzi sobie jeszcze na tyle, by zrozumieć gadającą słuchawkę.
W brzuszkach nieźle nam burczało, ale niestety – po 14.00 we Francji trudno pożywić się czymś przypominającym posiłek na ciepło.
Wyrywając sobie bagietkę sztuk jeden z rąk, zapchaliśmy trochę żołądek. A potem Agniś wpadł do cukierni – i była mini tarta, czekoladowa, na obiad dla niej. A ja, u ulicznego sprzedawcy kupiłam naleśnika na gorąco (bez cukru), Kasik toż samo (ale z cukrem). Smakowały wybornie! Tak wybornie, że nie pamiętam co spożywał owego dnia ojciec rodziny ;-). I znów biegiem do samochodu, bo plan dnia zrealizować trzeba (jak mus, to mus). Czekały nas Plaże Desantu w Normandii… .
Tkanina z Bayeux – zwana średniowiecznym komiksem. Dwa razy nie trzeba było moim dzieciom powtarzać – hasło KOMIKS – i ruszają, choć zmęczone „zazwiedzane” nieco. Tkaninę wykonali prawdopodobnie angielscy tkacze około roku 1077 (wow!), na zlecenie miejscowego biskupa i pierwotnie była wywieszona w prezbiterium katedry. Rozmiary – niesamowite – 70 metrów długości i 50 cm szerokości. Kolorowa, haftowana, w kilkudziesięciu scenach przedstawia historię podboju Anglii przez Wilhelma Zdobywcę. Na wąskich pasach u góry i u dołu, przedstawiono scenki z polowań, zwierzęta, rośliny. Z niekłamanym zainteresowaniem przyglądaliśmy się strojom, narzędziom, uzbrojeniu rycerzy z tamtej epoki. A audioguide uzupełnił naszą wiedzę – musiałam jedynie zabawić się w tłumacza dla Kasiulki, która z angielskim nie radzi sobie jeszcze na tyle, by zrozumieć gadającą słuchawkę.
W brzuszkach nieźle nam burczało, ale niestety – po 14.00 we Francji trudno pożywić się czymś przypominającym posiłek na ciepło.
Wyrywając sobie bagietkę sztuk jeden z rąk, zapchaliśmy trochę żołądek. A potem Agniś wpadł do cukierni – i była mini tarta, czekoladowa, na obiad dla niej. A ja, u ulicznego sprzedawcy kupiłam naleśnika na gorąco (bez cukru), Kasik toż samo (ale z cukrem). Smakowały wybornie! Tak wybornie, że nie pamiętam co spożywał owego dnia ojciec rodziny ;-). I znów biegiem do samochodu, bo plan dnia zrealizować trzeba (jak mus, to mus). Czekały nas Plaże Desantu w Normandii… .
wtorek, 24 sierpnia 2010
Our wedding anniversary, nasza rocznica ślubu
Wspólne 19-ście lat minęło...
Wędruję…
Ścieżkami krętych wspomnień,
Gdzie kamienie śliskie i gładkie,
Toczą się, nucąc wciąż o mnie… .
Znad cienkich kładek, pod którymi przepaść,
Nieostrożne stopy spoglądają,
Na nasze „było”, „minęło”.
Czy to Marzenia powracają,
Wstydliwie w snach karmione?
I wtedy lato
Minione wiśnie dojrzewają,
Czerwonym zapachem i smakiem,
Z drzew rozgrzanych spadają,
A potem
Palce tak spragnione,
By jesienią prowadzić
Cieplejsze jeszcze dłonie,
W szeleszczące liście, liście
Zagubione w nieistnieniu.
Wreszcie zima.
Kolejne chwile i sekundy wieczne,
Białym piórem kreśliła
Pieszczone, zbyteczne.
A wiosna? Wiosny nie było?
Pamięć tak gęsta i lepka
Coś w niej pęczniało, coś się skończyło
Daleko jeszcze… .
I wciąż za mało,
Wspólnych filiżanek,
Kawą pachnących zbyt śmiało.
Palców splecionych – bo które Twoje?
Lęków za długich,
Rozmów we dwoje,
Do świtu, który śpi.
I zachwytu w oczach, jak w lustrze
Kochany… .
24 sierpnia 2010
czwartek, 12 sierpnia 2010
ETRETAT in France - KLIFY!
KLIFY - widziałam na zdjęciach, na filmach, w czasopismach... . Czy zrobią na nas wrażenie??? Usiadłam, z zachwytem pod rękę, na kamyczystej plaży i ... zapatrzyłam się, z otwartą buzią, jak dziecko. Moja rodzina zachowywała się podobnie - norma? Znaleźliśmy camping nieco dalej, już na Cote Fleurie, ale wróciliśmy. Warto było! Jeszcze raz przejechaliśmy przez słynny Pont de Normandie, nowoczesny, ogromny most nad ujściem Sekwany (opłata, a jakże). Po prostu - niech przemówią zdjęcia i - co tu kryć - chcę tam pojechać raz kolejny i kolejny!!!
Na zdjęciu - widok z plaży w Etretat na Falaise d'Amont. Na krawędzi - kaplica Notre-Dame-de-la-Garde
Przekręcamy głowę w druga stronę - Falaise d'Aval
Wędrujemy w stronę klifu, po drodze tratując ostrygi - tyle ich! Niektórzy wędrują z wiadrami i zbierają... .
Wędrując klifem spoglądamy w dół, na bunkry, po których przed chwilą kicaliśmy...
... przed chwilą zajrzałyśmy do bunkra i wyjrzałyśmy z niego...
"Jaka duża!" - dziwiła się Kasieńka. "Bo to mewa" - odpowiedziałam. Całkiem przyjacielska, prawie z ręki mi jadła. Widocznie lubi chrupki ryżowe, a w ichniejszej jadłodajni nie podają.
"Zobaczcie" - zawołałam, - "tam ludziska z wózeczkami dziecięcymi spacerują!" Naiwności ty moja! Kija golfowego od spacerówki nie odróżniam!
Ta iglica ma około 70 metrów wysokości.
Pływają - takie i inne, po Morzu Północnym
A my przenosimy sie na drugi klif - Falaise d'Amont. Za chwilę lunie deszcz - obfity i gruby. A potem słońce - bo to normalka w Normandii.

Spoglądamy na "igłę i drzwi", kontemplujemy cuda... .
Było jeszcze coś dla ciała - "crepes" - naleśniki w uroczym Etretat (Kasieńka, tradycyjnie tylko z cukrem, bo czekolada we Francji jej nie pasuje - gorzrzrzka ;-), zakupy w "Sukiennicach" i czas wracać na camping... .
Po drodze mijamy liczne ronda, z pomyślunkiem, żeby było na czym oko zawiesić - Francuzi tak mają... .
ciąg dalszy - rzecz jasna nastąpi :-)
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
FRANCE - at last! :-)
Dotarliśmy! Jechaliśmy dość długo i męcząco, dziewczyny oglądały Madagaskar 1 na moim DVD - "gratis, jeśli kupi pani naszą Toyotę Yaris ". Kupiłam, cieszę się nią od lat dwóch, a dzieci uzupełniają zaległości filmowe podczas nużących godzin w samochodzie :-). Wszystkie dialogi (skądinąd rewelacyjne!!) znam na pamięć. Po dwutygodniowej podróży, nawet osoba z amnezją cytowałaby na wyrywki kwestie Martiego czy Glorii. Ale i tak pingwiny są "the best" - Ka-bum?). Podczas podróży zaobserwowaliśmy dziwne zjawisko wśród chmur. Pojawiła się mała, okrągła (!) tęcza, najlepiej widoczna w przeciwsłonecznych okularach. Nie, nie padało, tylko trochę chmur zakrywało błękit nieba. Cóż to za cudo? Nie wiem... .
Pierwszy przystanek, to Cote d'Opale (Opalowe Wybrzeże) . Na zdjęciu - widok z Cap Blanc - Nez (Czarny nos). Gdzieś w oddali, bardzo słabo widoczne, majaczyły brzegi Wielkiej Brytanii
Cap Gris - Nez. Tu po raz pierwszy głaskałam żywą owcę (naprawdę, to mój pierwszy raz :-)). Niesamowite, jak przyjemną w dotyku, mięciusią ma sierść. Dłoni oderwać nie mogłam :-)
Normandia - jeden z głównych celów naszej wyprawy. Dzika, o niesamowicie zmiennej aurze. Nie dziwię się impresjonistom i ich fascynacji ... . Zimno, ulewa w Fecamp. Szybko przebieramy letnie ciuszki, tuląc się do bagażnika z walizkami. Po godzinie, dwóch - słońce, upał niemożliwy. C'est Normandie! A konkretnie - Cote d'Albatre (Alabastrowe Wybrzeże)
Kościół opacki św. Trójcy w Fecamp. Bazylikę ufundował król Ryszard Lwie Serce pod koniec XII wieku. Przykład stylu przejściowego od romanizmu do gotyku. To tu morze wyrzuciło na brzeg odprysk z drzewa figowego, z którego cudownie wypłynęła krew Chrystusa... .
Palais Benedictine - wytwórnia znanego likieru Benedictine i muzeum. Widzieliśmy destylarnię, beczki, kadzie... . A na koniec - degustacja. I wszystko na mojej głowie, bo trunek mocny, a Andrzej kierowca... . Niezły, przywiozłam buteleczkę ;-)
Kasi najbardziej podobały się sale, w których prezentowano przyprawy. Dotykała, wąchała..., najchętniej cynamon. Z ziół i przypraw ułożono kolorowe obrazy.
Ciąg dalszy jutro...
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































